Pomysł na wyjazd rowerowy na mecz w Belgii pojawił się około 2 minuty po wylosowaniu (potencjalnego) rywala. Pozostało już tylko ustalić parę szczegółów, jak chętni, trasa, logistyka, wyposażenie, naprawy i przygotowanie sprzętu, urlopy i… “pozwolenia” od rodziny ![]()
Już pierwszy rzut oka pokazał, że nie jest to wycieczka “do machnięcia przed obiadem”. Ruszamy więc w niedzielę na 5 dni przed meczem, jak się potem okazuje, i tak “na ostatnią chwilę”. Właściwie codziennie kończymy etapy po 23:00. A bywa nawet później, kiedy umówiony “booking” się nie odzywa i na szybko ogarniamy inne spanie w jakimś niemieckim “Pacanowie”.
Większość trasy mija spokojnie. Niemcy oferują sporo dróg rowerowych. Jednak “wszędzie i gładko jak pupa niemowlaka” to przesadzone legendy. Ponad 20-kilometrowych zmagań z autami na Bundesstrasse 1 nikt nam nie odbierze ![]()
Holandia i Belgia to już inna liga podróży rowerowej. Tu rzeczywiście wciąż można jechać komfortowo. A belgijski odcinek z fotokomórkami uruchamiającymi zielone już z odległości ponad 50 m (tak, dla rowerzystów!), do dziś wspominamy z łezką w oku.








